piątek, 19 sierpnia 2016

Dosłownie i w przenośni

Promise, jeśli to czytasz, to sprawdź maila!

Hej, wiecie co?
wróciłam.
Okay, może jeszcze nie tak do końca. Wciąż muszę się przyzwyczajać do blogera i wypracować sobie pewne nawyki, które w ciągu kilku ostatnich miesięcy zniknęły. Kiedyś potrafiłam usiąść i pisać kilka godzin bez wytchnienia, za to teraz siadam przed laptopem, wycisnę z siebie trzy zdania i zamykam edytor tekstu z bólem w sercu i wyrzutami sumienia. Ale jestem i tym razem chyba tak szybko nie ucieknę. One-shot na rozluźnienie dla was, a ja tymczasem wracam do Przed Wschodem Słońca. Co u moich ulubieńców? Przekonajcie się sami! Dwie perspektywy:
- w przenośni, czyli co bohaterowie mówią i robią w rzeczywistości
- dosłownie, czyli co chcieliby naprawdę powiedzieć i zrobić.
Miejsce akcji: winda. Enjoy.
P.S. Mała sugestia muzyczna: puśćcie sobie Accidentally in love do czytania.
P.S.2 Podtopiłam kanonicznego Draco. Wybaczcie.
__________________________________

*W przenośni*

Granger. Kopę lat. Widzę, że nawet po ukończeniu szkoły musisz mnie prześladować. Czyżbyś pracowała w Ministerstwie? Nie sądziłem, że przyjmują tutaj szl... *plask* *okrzyk bólu*

Brak mi słów na ciebie, Malfoy. Jesteś jeszcze bardziej niedojrzały niż te 5 lat temu.

*Dosłownie*

To nie może być... a jednak! Czy to ty, Granger? Co ty tu robisz? Tak, tak, dobrze cię widzieć. Minęło tyle lat, a ty wciąż masz burzę nieujarzmionych włosów i chodzisz z głową wysoko podniesioną do góry. I chyba wyładniałaś. No no no, nie sądziłem, że tak będzie. Zastanawiałem się, czy już nie zgarbiły ci się plecy od noszenia tych wszystkich książek... Auć, żartowałem! Uderzenie masz wciąż tak samo mocne jak w trzeciej klasie. Skłonność do przemocy, hm? Pogadałbym dłużej, ale niestety praca wzywa. Mam nadzieję, że jeszcze na siebie trafimy. Lubiłem te nasze szkolne słowne przepychanki. Pamiętam ten piękny moment, gdy pierwszy raz nazwałem cię szl... *plask* *okrzyk bólu*

Jesteś dupkiem, Draco Malfoyu.

*W przenośni*

O, Granger. Wiedziałem, że to by było zbyt piękne, gdybyśmy się już mieli nigdy nie zobaczyć. Dalej harujesz ciężej niż skrzat w dworze arystokratów? A może jednak dałaś się skusić i wzięłaś sobie kilku małych przyjaciół do pomocy? Te żarty są trochę nie na miejscu. W każdym razie to moje piętro, tu wysiadam. Do niezobaczenia. A, i sorry za tamto, no wiesz. Nie wiem co mnie napadło. Nie wracamy do przeszłości.

...

*Dosłownie*

Oho, znowu się spotykamy. Tak naprawdę nie chciałem nazwać cię szlamą. To było niewłaściwe i masz rację, trochę niedojrzałe. Jak teraz na to patrzę, mam ochotę uderzyć się w twarz. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że kompletnie zaskoczyłaś mnie swoim widokiem. Wygadywałem bzdury i rzucenie ci w twarz tego słowa potraktowałem jako wyzwanie, no wiesz, żebyś ty też zaczęła mnie obrażać i wtedy moglibyśmy wrócić do punktu wyjścia. Nie mam pojęcia, co ci powiedzieć. Czuję się niezręcznie i eee nie wiem, jak cię przeprosić. Nie umiem przepraszać. To głupie. 

Ech, Malfoy.
 
*W przenośni*

 Oj, Granger, nie możesz korzystać z innej windy? Czuję się śledzony. Poza tym już i tak jest tutaj za mało miejsca, a jak jeszcze ty tu weszłaś... O proszę, mówiłem! Wszystko wywaliłaś, typowa Granger! Hej, nie patrz tak na mnie, to winda zahamowała, nie chciałem na ciebie wpaść. Zresztą nie zamierzam ci się tłumaczyć, sama do tego dopuściłaś.

Zamknij się, Malfoy.

Czy ty jesteś mugolem, Granger?! Masz różdżkę, dlaczego to zbierasz w ten... ech, sam to zrobię, skoro ty jesteś taka niedomyślna. Nie ma za co. A nie, jednak jest. Odwdzięczysz mi się kiedy indziej.

Sama bym sobie poradziła, Malfoy.

Nie wątpię, Granger. Nie wątpię.

*Dosłownie*

 Znowu ty? Rzuciłaś klątwę na tę windę, prawda? Tak naprawdę ja to zrobiłem, ale nie przyznam się do tego nikomu, nie jestem przecież taki głupi. Pomyślałem sobie, że może przez przypadek cię potrącę i wypadną ci materiały z rąk. Ups! Dlaczego zbierasz to z podłogi rękami jak mugolska dziewczyna? Oczywiście liczyłem na to. Machnę różdżką i proszę!, wszystko ładnie posortowane w zgrabną kupkę. Nie musisz dziękować, Granger. Chociaż właściwie... Nie, nie musisz. Uznaj to za przejaw mojej wspaniałomyślności. Może innym razem ty będziesz mogła mi pomóc? No cóż, zobaczymy. Mam nadzieję, a nawet pewność, że jeszcze się spotkamy.

Dziękuję za pomoc, Malfoy.

Nie ma za co, Granger.

 *W przenośni*

Znowu, Granger? Ta minuta niepatrzenia na mnie była zbyt bolesna i postanowiłaś wrócić?

Chyba zostawiłam w windzie przez przypadek pewną rzecz. Ale dlaczego T Y wciąż tutaj jesteś, Malfoy? Przecież winda już zatrzymywała się na twoim piętrze, jestem tego pewna.

...

...
To nie twoja sprawa, Granger. Mogę jeździć windą cały dzień, jeśli tak mi się podoba.

Ach tak? Do widzenia, Malfoy. Widzimy się w przyszłym tygodniu na Balu, prawda?

Przyjdziesz? A to niespodzianka. Tak, tak, do widzenia, Granger.

*Dosłownie*

Granger, byłaś w tej windzie dosłownie minutę temu, czego chcesz? Ale dobrze się składa, że jesteś, chyba zostawiłaś ważną kartkę. Nie, wcale nie przydeptałem jej butem, żebyś jej nie zauważyła, wyszła, a potem znowu musiała wrócić. W każdym razie proszę, to chyba twoje.

Po raz drugi: dziękuję, Malfoy.

...

...

Czekaj, Granger! Wiesz, że w przyszłym tygodniu będzie Bal Charytatywny? U mnie, w Malfoy Manor. Zaproszeni są wszyscy pracownicy Ministerstwa, więc pomyślałem...

Będę tam, Malfoy.

O. To... dobrze, że wspierasz takie cele.

Też się cieszę.

 *W przenośni*

Witaj, Granger. Wyglądasz całkiem nieźle jak na ilość alkoholu, którą w siebie wlałaś w sobotę.

Och, zamknij się, Malfoy. To nie twoja sprawa, ile kieliszków wina wypiłam.

I nie tylko wina. Myślisz, że nie wyczułem w twoim oddechu czegoś więcej?

Wspominając o oddechu, chyba oboje zgadzamy się, że...

Tak. To się nigdy nie wydarzyło.

 ...

Granger, zaczekaj!

Tak, Malfoy?

Już nic, ja... mam słabość do powtarzania sytuacji, które nigdy nie miały miejsca.

Ja też. To do widzenia, Malfoy.

Oczekuj mojej sowy, Granger.

Będę.

 *Dosłownie*

...

...

Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś w sobotę.

Tak. Było bardzo... interesująco. Cieszę się, że zebraliśmy tyle pieniędzy, to wiele o nas świadczy. Dobrego, oczywiście.

Yhm.

To, co się wydarzyło wtedy na balkonie... Chciałam tylko...

Za dużo alkoholu, Granger. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że tego nie pamiętam albo chciałbym zapomnieć.

Malfoy...

*W przenośni*

Wiem, że chciałaś porozmawiać, ale mam dzisiaj dużo pracy. O, i to chyba moje piętro. Jutro, Granger.

...

*Dosłownie*

3 miesiące. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz. Teraz powinienem powiedzieć prawdę, tak? Wyznać ci wszystko, a monolog zakończyć romantycznym stwierdzeniem, a najlepiej prośbą o twoją rękę? Czy ty upadłaś na głowę, Granger? Nie zrobię tego. Nie umiem. Nawet nie wiem, w jakie słowa ubrać to, co chcę, żebyś ode mnie usłyszała. Nie. Innym razem. Za bardzo się boję, nie teraz, nie, nie nie nie.

... 
*W przenośni*

Granger... nie mogę.

Malfoy.

Nie mogę, rozumiesz?!

Malfoy... proszę.

Ty prosisz?

Proszę.

Och, Granger...

*Dosłownie*

Osłabiasz mnie, Granger. Sprawiasz, że się odkrywam. Przestań. Stoisz tu jak gdyby nigdy nic i myślisz, że wszystko jest w porządku i że możemy pobawić się w dom. Draco Malfoy i dom? Ha!, tego jeszcze nie grali. Muszę cię rozczarować, Granger. Wiem, że nie tego oczekiwałaś, ale nie jesteś na tyle głupia, by się na to nabrać. 

Jesteś dupkiem, Draco Malfoyu. 

Granger... *plask* *okrzyk bólu* zaczekaj, nie tak szybko. Myślisz, że też tego nie chcę? Znasz odpowiedź, ale to nie wyjdzie, nigdy nie wychodzi! Jesteś Hermioną Granger.

A ty dupkiem.

Trudno się nie zgodzić.

Och, Malfoy... 

*W przenośni*

GRANGER, DO JASNEJ CHOLERY, CZYŚ TY POSTRADAŁA ROZUM? JEST MINUS DWADZIEŚCIA STOPNI NA DWORZE, GDZIE JEST TWÓJ PŁASZCZ?

*Dosłownie*

Zakochałem się w tobie, Granger.

Ja w tobie też, Malfoy. 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Przed Wschodem Słońca - cz. 5



Pracowałam nad tym rozdziałem naprawdę długo i… nie wszystko idzie w tym kierunku, który sobie obrałam, ale to chyba znak, że czas zmienić plany. Ten rozdział ma 11 stron. Jestem z nich dumna jak cholera, bo pokazałam sobie, że potrafię, nawet jeśli z poślizgiem kilkutygodniowym.

Miłego czytania.

Ta notka jest o wybaczaniu, dlatego chciałabym ją zadedykować pewnej Dominice. Nie mam z nią już kontaktu, nie wiem nawet, czy żyje, ale jeśli to czyta, to proszę ją tylko o wybaczenie. Ona wie, za co.
___________________________________________________________________

Dni mijały jeden po drogim, a atmosfera w domu była w najlepszym razie neutralna. Nie było kłótni, nie było rzucania talerzami, trzaskania drzwiami i celowania w siebie różdżkami. Malfoy jakimś cudem nie wysadzał domu pod moją nieobecność, a ja poświęcałam całe dnie księgarni, wyjściom z Ginny, Luną i nawet czasem z Ronem. Przychodził też Harry, z którym dyskutowałam o możliwym przeniesieniu mojego współlokatora do Malfoy Manor, gdzie nałożyliby te same zaklęcia, co na mój dom, a ja mogłabym się od niego uwolnić. Problem w tym, że może to przez poczucie winy, akceptację takiego stanu rzeczy lub zwykłą samotność, nie chciałam jeszcze jego wyprowadzki. Widywaliśmy się jedynie na posiłkach, ale sama jego wyczuwalna obecność w domu dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Harry’emu tłumaczyłam, że po tych kilku tygodniach nie jest w stanie stwierdzić, czy Malfoy jest już bezpieczny dla otoczenia i czy bez nadzoru nie wymyśli ucieczki, by schować się na kolejne siedem lat. Było to bardzo naciągane, bo jaki ja mogłam stanowić nadzór? Mój przyjaciel też nie był przekonany, ale widząc, że młody Śmierciożerca (były!) nie sprawia mi kłopotu, nie naciskał. Wiedziałam, że prędzej czy później nie będę już mogła zabierać głosu w sprawie przeprowadzki i po prostu zaakceptuję kolejną zmianę w swoim życiu, już bez Malfoya i jego tajemnic. Liczyłam na jeszcze dwa, może trzy tygodnie z nim, a potem… Potem powrócę do czasów, kiedy moich myśli nie zajmował były Śmierciożerca. Problem w tym, że chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak trudno będzie nam powiedzieć sobie do widzenia.
~|~|~
- Musimy porozmawiać. - Zapatrzyłam się na swoje dłonie, nie chcąc na niego spojrzeć. Wciąż bałam się iskry zapalnej, która zburzy pozorny spokój i pogrzebie nas w chaosie. Swoją drogą zabawne, jak szybko ja przeistoczyłam w my. - Wiem, że mnie nienawidzisz i…
- Nie nienawidzę cię, Granger. – Malfoy siedział na krześle, tak samo jak podczas naszej pierwszej kłótni. Kiedy wchodziłam do jego pokoju, zerknęłam przelotnie na niego, ale tym razem nie zaskoczył mnie brakiem koszulki lub innej części ubrania.
- …i jeśli… co powiedziałeś? – Zaskoczona uniosłam głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam.
- Nie nienawidzę cię. Nie mógłbym. Może nie jesteś najwspanialszą osobą na całym świecie, ale doceniam to, że pozwoliłaś mi zostać u siebie, mimo że wcale nie musiałaś. – Przekręcił się na krześle, by spojrzeć w moją stronę. – Nie sądzę, żebyśmy nagle mogli być przyjaciółmi, ale wrogami też już nie. To po prostu…
Wykręcił palce, nie wiedział, co jeszcze dodać. Chyba uważał, że wszystko już zostało powiedziane. Miałam nadzieję na ciąg dalszy i niecierpliwie czekałam na kolejne słowa, które padną z jego ust. Nie doczekałam się.
- To po prostu co? Jak mam nazwać tę dziwną relację między nami?
Rozłożył ręce, wzruszając ramionami. Na jego twarzy pojawiła się obojętność i znudzenie, jakby jedyne o czym marzył, to pozbycie się mnie i pójście do łóżka.
- Jak chcesz. Jestem pewny, że niedługo Potter i reszta zabiorą mnie stąd.
- Skąd ta pewność?
- Czuję to, Granger. Takie rzeczy się zwyczajnie czuje.
Zmarszczyłam brwi. Co to znaczy? Zna dokładną datę swoich przeprowadzek? To skutek jakichś czarów i/lub klątw? A może telepatia z Harrym na odległość?
- Nie rozumiem. – Poddałam się. Każda moja myśl była głupsza od drugiej. Co takiego mógł posiadać Draco Malfoy lub jakimi umiejętnościami mógł władać, których ja nie znałam?
- Nie potrafię ci tego wyjaśnić. – Wstał z krzesła i zrobił kilka kroków w moją stronę. Spojrzał na mnie, a ja nieświadomie przygryzłam wargę. Jego twarz była nieprzenikniona, wzrok pozostawał chłodny. Wróciło uczucie strachu, lęku przed nieznanym. Przed nim.
- Nie… Nie patrz tak na mnie – odwróciłam się w stronę drzwi, zawstydzona. Irytował mnie, sprawiał, że miałam ochotę krzyczeć i milczeć jednocześnie. Trudno było mi to przyznać, nawet przed samą sobą, ale tak, fascynował mnie coraz bardziej. Gdybym poznała go lepiej, próbowała przeniknąć przez grubą skorupę, rozczarowałabym się wnętrzem. Wiem to. Problem w tym, że z jakiegoś niewyjaśnionego dotąd powodu, on był jedyną osobą, na której rozczarowanie się przyniosłoby mi… ulgę. Tak sądzę.
- Boisz się? – Nie chciałam, żeby się zbliżał, ale wyraźnie czułam za sobą jego ciało, chociaż nawet mnie nie dotykał. Jego głos, jego oddech, jego ruchy – wszystko w nim krzyczało. Że jest niebezpieczny. Że jest zły. Że nie jest dla kogoś takiego jak ja. A ja uparcie temu zaprzeczałam.
- Tak. Czy to coś złego? Czy strach jest dla ciebie czymś obcym? – odparłam.
Zamilkliśmy oboje. On, zdaje się, rozważał to, co powiedziałam i przygotowywał odpowiedź, ja niecierpliwie czekałam na jego słowa. Tak, pragnęłam ich. Myśli, które choćby w minimalnym stopniu byłyby podobne do moich, a nawet jeśli nie – by miały za sobą solidne argumenty. Bym mogła rozmawiać godzinami, kłócić się, przekonywać do swoich racji i przyznawać ją komuś. Brakowało mi kogoś inteligentnego, z trzeźwym spojrzeniem i na tyle młodego, by nie miał w sobie tak wiele goryczy, co przeciętna osoba pracująca w Ministerstwie. Dopiero teraz, kiedy przyszła wyprowadzka Malfoya zdawała się coraz bardziej prawdopodobna, zrozumiałam, że mogłam to wszystko rozegrać inaczej. Pozwolić mu mówić już na początku. Słuchać, pytać, uśmiechać się ze zrozumieniem. Zakopać ten topór wojenny raz na zawsze. Wtedy, może, gdybym jednak się odważyła, opowiedziałabym mu wszystko o sobie. I wybaczylibyśmy sobie nawzajem. Tego potrzebowaliśmy oboje i właśnie to było celem mojego dzisiejszego przyjścia tutaj. Wybaczenie.
Musiałam odczekać kilka chwil, zanim Malfoy zdecydował się odpowiedzieć:
- To słabość. Ludzka, idiotyczna i nie warta choćby sekundy rozważania.
Spojrzałam w jego stronę, zapominając o tym, jak przed chwilą na mnie działał. Zmrużyłam oczy i założyłam ręce na piersiach.
- Jak możesz o tym mówić z takim lekceważeniem? Doskonale wiem, że Voldemort raczej nie wzbudzał wśród swoich sług sympatii. Widzisz – oskarżycielsko wycelowałam w niego palcem, kiedy skulił się na dźwięk imienia jego dawnego pana – nawet teraz widzę po tobie, że się boisz.
Stał, wpatrując się we mnie w milczeniu. Otworzył usta, ale nic nie odpowiedział. Jeszcze przez chwilę widziałam na jego twarzy niepewność, jakby bił się z myślami. W końcu podjął decyzję i zawrócił do biurka. Otworzył pierwszą szufladę i wyjął plik kartek drobno zapisanych czarnym atramentem. Przeczytał po cichu pierwsze linijki jednej z nich, a potem odwrócił się w moją stronę i podał mi je. Przebiegłam wzrokiem nagłówek, datę i pierwszy zwrot, jaki ktoś do niego skierował. Listy. Mnóstwo listów. Przejechałam palcami po brzegach każdego z nich, szacując ile ich może być. Zaskoczona przeniosłam spojrzenie na Malfoya, ale on wpatrywał się w moje ręce, jakbym trzymała w nich skarb. Nie wiedziałam, co powiedzieć ani zrobić.
- To długa historia. Nie jestem pewien, czy powinienem…
- …zaufać mi? – Nie odpowiedział, ale musiałam dobrze trafić, bo uciekł wzrokiem w bok i milczał przez dłuższą chwilę.
- Tak – odezwał się w końcu. – Zaufać ci. - Uśmiechnął się z przekąsem i przysiadł się do mnie na łóżku. – Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że mógłbym siedzieć koło ciebie, Granger, i tak po prostu rozmawiać. To się nie dzieje. Nie powinno.
- Ludzie się zmieniają. Przecież nie pozostaniemy na zawsze dwunastolatkami, które będą straszyły się dwumetrowymi pająkami i rozszalałymi hipogryfami.
- Tak, ale…
- Nie będziemy też czternastolatkami, którzy łypią na siebie spode łba i grożą zaklęciami, których tak naprawdę nie znają.
- Dobra, tylko że…
- No i dawno już odeszliśmy od tych siedemnastolatków, którzy byli w stanie torturować kogoś wyłącznie dlatego, że nie podoba się im kolor krwi, jaki mają!
- Wiesz, Granger, że masz irytującą manię przerywania w pół zdania?
Już otwierałam usta, by odpowiedzieć, kiedy dotarł do mnie sens jego słów. Zarumieniłam się ze wstydu i upokorzenia. Wciąż trzymałam w dłoniach listy, więc żeby odwrócić uwagę od własnej osoby, zaczęłam czytać jeden z nich. Nie miałam odwagi się odezwać i czekałam na jego ruch. Po chwili milczenia kontynuował wątek.
- To raczej nie jest ciekawa historia. Ani miła. Ani też słodka, urocza i kończąca się szczęśliwie. Nie wiem nawet, czy nie będziesz chciała wyjść w jej połowie, ale zaryzykuję. Tak naprawdę… - urwał, a ja podniosłam wzrok na niego. Wahał się, układał słowa, ważył je. Były sprawy, które chciał przede mną zataić i teraz zastanawiał się, jak wiele może wyjawić. Jak wiele odkryć kart, by nie przegrać. Był Ślizgonem do końca, nawet jeśli przez krótką chwilę miałam wrażenie, że wojna coś zmieniła. - …dawno nie rozmawiałem z kimś twarzą w twarz. Te listy, które tu trzymasz, pozwoliły mi nie zwariować po tylu latach zabijania, torturowania i krzywdzenia innych. Niektórzy, tacy jak ty – uśmiechnął się ironicznie – wciąż pewnie zastanawiają się, jak Śmierciożercy mogą normalnie wdychać powietrze, skoro byli świadkami tylu ostatnich oddechów. Prawda jest prostsza niż się wszystkim wydaje – my jesteśmy ludźmi. Jakkolwiek to może brzmieć, należymy do tej samej rasy, a więc mamy podobnie złożoną psychikę i też odczuwamy śmierć na różne sposoby. Każdy inaczej radzi sobie potem ze wspomnieniami. Jedni zapijają się w anonimowych pubach, inni kupują sobie kilkadziesiąt minut grzesznych przyjemności, a ci najsł… najmłodsi, którzy jeszcze nie przywykli do codziennych tortur, albo uciekają do książek, jak Zabini i Nott, albo prowokują walki i liczne spięcia, by rozładować całe nagromadzone w swoim ciele napięcie. – Malfoy podwinął koszulkę, żebym po raz drugi mogła zobaczyć jego blizny na piersi. Kiedy obrócił się do mnie plecami, głośno wciągnęłam powietrze. Tam widok przedstawiał się znacznie gorzej. Na torsie miał długie, ale cienkie i nieliczne ślady, za to tył wyglądał jak dokładna mapa jakiejś wielkiej aglomeracji. Ogarnęła mnie przemożna chęć dotknięcia tych srebrzystych linii, przejechania po nich palcami. I wtedy pierwszy raz przemknęło mi przez myśl, że nie potrzebuję naprawiać świata. Wystarczy, że naprawię jednego człowieka.
- Nie potrzebowałem alkoholu we krwi, tylko adrenaliny. Ryzykowałem, wyzywałem na pojedynki, obrażałem, a to wszystko po to, by ktoś się nade mną zlitował i rzucił we mnie zaklęciem. Uderzył mnie. Sprawił, żeby zabolało przynajmniej w połowie tak bardzo, jak bolało tych, których katowałem. Oczywiście nie dlatego, że miałem wyrzuty sumienia. W moim przypadku coś takiego nie istnieje. To miało tylko jeden cel: oderwać moje myśli od rzezi. Zapomnieć. Przyznam, że długo spełniało swoją rolę. Służyłem dzielnie, nie skarżyłem się, szczególnie że było to po mojej porażce z Dumbledorem, kiedy jeszcze nie potrafiłem tak… zwyczajnie zabić człowieka i zawiodłem Czarnego Pana. Na moim ciele zaczęły pojawiać się rany, które nie nadążały zabliźniać się, a stale pojawiały się nowe. Nie chodziłem już wtedy do Hogwartu, ale matka pilnowała, żebym wychodził z domu, więc podczas walk osłaniałem twarz i ręce, bym mógł pokazywać się publicznie. Tych blizn jest więcej niż to, co tu widzisz – puścił brzeg koszulki, która zasłoniła jego ciało, a zamiast tego podciągnął nogawkę spodni. – Łydki, uda, ramiona. Najgorzej prezentują się plecy, ale sama przyznasz, że właśnie takie ataki cechują Ślizgonów. Od tyłu, tchórzliwe, mające sporą przewagę nad ofiarą. Nie dawałem się zabić, ale też nie broniłem się zajadle. Najlepszym określeniem jest bierność. To pozwalało mi przeżyć każdy dzień wśród tortur i morderstw. Potem sprawy nieco się pokomplikowały. Wojna o Hogwart, klęska Czarnego Pana – rodzice i ja uciekliśmy, ale ojca wkrótce złapano. Matka nigdy nie potrafiła żyć w ukryciu, więc jakiś czas po nim ujawniła się i została zamknięta w Malfoy Manor. Zmarła dwa lata temu. Ja wciąż ukrywałem się, zmieniałem miejsca kryjówek, kradłem i unieszkodliwiałem innych, choć już nie zabijałem niewinnych ludzi. Ja, Draco Malfoy, żyłem na marginesie społeczeństwa. Siedem lat to dość spory kawałek życia, prawda? Jeden błąd i wykryli mnie aurorzy. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że jeszcze mnie szukają, w końcu byłem zaginionym od wielu, wielu miesięcy. Tak trafiłem do ciebie. Wtedy w pierwszych dniach, kiedy chciałem wyjść na spotkanie, było mi już ciężko. Nie radziłem sobie z myślami, nie mogłem też znaleźć sposobu, żeby poczuć znów adrenalinę, więc chciałem wyjść i sprowokować gdzieś bójkę. Jak z nieba, dosłownie, spadła wiadomość od Zabiniego. On i Nott zostali oczyszczeni z zarzutów i gdyby nie oni, pewnie waliłbym teraz głową w ścianę albo zaatakował cię. Tak, Granger, oto cała historia, którą chciałaś usłyszeć.
Wstał z łóżka. Ani razu nie spojrzał w moją stronę, a ja próbowałam poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą powiedział. Plotki okazały się prawdą i młody wiek wcale go nie usprawiedliwiał – przeciwnie, czynił całą tę sytuację jeszcze bardziej nieprawdopodobną. Miał siedemnaście lat, kiedy wypowiadał z pełną świadomością Avada Kedavra w stronę osób, które nic mu nie zrobiły. Harry się mylił – Malfoy nie jest jedynie pokrzywdzonym przez wybory rodziców chłopakiem. On jest mordercą.
Ale Hermiono, przecież doskonale o tym wiedziałaś, przyjmując go do siebie. Ty po prostu naiwnie wierzyłaś, że uda ci się zmienić jego życie. A jemu już nic nie pomoże. Ludzkie życie to najcenniejsza rzecz na świecie, nikt nie ma prawa go odbierać. Łudziłaś się, że nagle stanie się potulnym barankiem, który żałuje za wszelkie krzywdy wyrządzone mugolskiemu społeczeństwu?
Nie mogłam na niego patrzeć. Czułam, że jeśli zobaczę po raz kolejny tę twarz, te włosy, te oczy, stracę nad sobą kontrolę. Trzęsłam się ze zdenerwowania lub ze strachu - sama nie wiem, która emocja przeważyła. Co innego słuchać opowieści w barze lub tej przekazywanej przez osoby trzecie, a co innego usłyszeć ją od samego sprawcy. W końcu postanowiłam przerwać ciszę i byłam zaskoczona, jak bardzo ochrypł mój głos:
- Dlaczego mi o tym wszystkim opowiedziałeś? Ostatnio mówiłeś, że to nie moja sprawa.
- Nie chcę wybaczenia od ciebie, Granger, bo wiem, że go nie dostanę. Ci wszyscy ludzie, mugole – równie dobrze mogliby być twoimi rodzicami. Chcę wybaczyć sam sobie, a ta rozmowa, ta cała historia to… to pierwszy krok.
Nie patrz, szeptałam sobie w duchu. Nie patrz na niego, Hermiono. Nie zasługuje na współczucie, nie zasługuje na żal. Im więcej zdań wypowiadałam w głowie, im usilniej starałam się utrzymać wzrok na listach, które wciąż trzymałam w ręku, tym bardziej chciałam spojrzeć w jego stronę. Wtedy dotarło do mnie, co jest między tymi papierami. Wina. Krzywdy, wymienione z pewnością niejeden raz. Morderstwa, może nawet nazwiska zmarłych mugoli, ofiar Malfoya. Ze wstrętem odrzuciłam od siebie korespondencję, która wylądowała na podłodze. Wszystko się rozsypało, ale nie dbałam już o to. Panika ogarniała mnie od palców stóp po czubek głowy i nawet różdżka schowana w kieszeni nie pomagała. Zerwałam się z łóżka i na jeden krótki moment przeniosłam wzrok na niego. Wpatrywał się we mnie tak usilnie, jakby ode mnie zależało jego życie. Spuściłam wzrok na podłogę, ale wciąż widziałam jego oczy. Szare, puste, bez uczuć. Nieprzeniknione.
Nie – wyszeptałam na tyle cicho, by mnie nie usłyszał. Nie pomogę mu. Nie mogę. Porwałam się na coś, czego nie potrafiłabym znieść. To, co zrobił, co  r o b i ł  cały czas jako Śmierciożerca… To za dużo.
Cofnęłam się, byle jak najdalej od niego. Wspomnienie strachu sprzed paru dni pojawiło się przede mną jak duch i popychało do działania. Zrobiłam kilka kroków do drzwi i poczułam, jak palce zaciskają się na moim łokciu.
- Zostaw mnie. – Powiedziałam cicho, ale nie usłyszał lub nie chciał usłyszeć. Obrócił mnie przodem do siebie.
- Wysłuchałaś mnie. Chciałaś, żebym wyznał ci całą prawdę i zrobiłem to. Nie myśl, Granger, że teraz po tym wszystkim tak zwyczajnie sobie wyjdziesz, napiszesz do aurorów i spełnisz kolejny zasrany dobry uczynek. – Spojrzał mi w oczy, a ja zamarłam w oczekiwaniu. Nie potrafiłam się ruszyć ani wydobyć choćby jednego słowa z ust. Wpatrywałam się tylko w tę szarość, próbując wyczytać z niej jakieś emocje. Rozpoznałam gniew - prosty, intensywny, ale krótkotrwały. Szukałam słabości. Strachu, bólu, jednak widziałam jedynie rozczarowanie. O n rozczarował się m n ą . Nagle poczułam głęboką niesprawiedliwość i wściekłość, tak ogromną, że gdybym miała rudy odcień włosów, jestem pewna, że stanęłyby w ogniu.
- Nie mieszaj mnie w to! Chciałam tylko cię… - urwałam, bo żadne słowo nie pasowało. Naprawić? Ulepszyć? Pocieszyć? – Ja po prostu nie sądziłam, że jesteś…
- Mordercą – dokończył za mnie. – Wierz lub nie, ale ja też nie sądziłem, że jestem.
Puścił mnie i cofnął się kilka kroków, ale ja wciąż nie mogłam ruszyć się z miejsca.
- No dalej. Idź do nich i powiedz im, co zrobiłem. Weź też te listy, jest w nich wiele ciekawych informacji, które mogą przydać się Potterowi. Jestem pewny, że pomogą złapać aurorom kilku ukrywających się na całym świecie Śmierciożerców.
- Co człowiek czuje, kiedy odbiera komuś życie? Ten pierwszy raz? Kiedy wie, że ta osoba już nigdy się nie uśmiechnie, nie zatańczy, nie odpowie ironicznie, nie spotka się z rodziną, nie zje ciepłego obiadu…? – Nie wiem, dlaczego akurat te pytania przyszły mi do głowy, ale nie było już odwrotu, a ja nie mogłam cofnąć tego, co powiedziałam. Z początku wydawał się lekko zbity z tropu tą zmianą tematu, ale po chwili odpowiedział to, co spodziewałam się usłyszeć.
- Nie chcesz tego wiedzieć, Granger.
- A właśnie, że chcę. Jesteś mi to winien! – Mój komentarz rozwścieczył go. W trzech krokach pokonał dzielącą nas odległość i nachylił się do mnie, a ja poczułam dreszcz na plecach, jak wypowiadał kolejne słowa.
- Nic nie jestem ci winien, rozumiesz? Chcesz zaspokoić swoją ciekawość, a potem i tak oddać mnie w ręce Ministerstwu. Dlaczego mam spełniać twoje prośby? Równie dobrze mógłbym cię teraz zabić.
- Nie zrobiłbyś tego – powiedziałam, chociaż wcale nie byłam tego taka pewna. Między nami były tylko centymetry, postronny obserwator mógłby sądzić, że Malfoy szykuje się do pocałowania mnie. Ta myśl wydała mi się nieprawdopodobnie śmieszna, ale mimowolnie spojrzałam na jego usta, które teraz wykrzywił ironiczny grymas.
- Skąd w tobie ta pewność?
- Sam powiedziałeś jeszcze kilkanaście minut temu, że nie jesteśmy wrogami. Że nie nienawidzisz mnie.
Zaskoczyłam go. Podniósł głowę, ale wciąż dzieliło nas niecałe pół metra. Patrząc na niego, zastanawiałam się, kim jest człowiek, który stał przede mną. Zmieniał maski szybciej niż nadążałam je nazywać. Jeszcze kilka dni temu obojętny, teraz był gotów przyłożyć mi różdżkę do klatki piersiowej i wypowiedzieć śmiertelne zaklęcie. Która wersja jest prawdziwa: ta z uśmiechem? Ta z drwiną? Ta z okrucieństwem?
- Nie nienawidzę cię – powtórzył.
Utkwiłam spojrzenie w podłodze. Jego wzrok było zbyt ciężki, zbyt natarczywy. Czułam się jak w pułapce. Zapomniałam o tym, że jestem czarownicą, że to ja powinnam mieć większą władzę, że muszę umieć zapanować nad Malfoyem. Cała moja wiedza ulotniła się z jednym jego spojrzeniem, pozostało jedynie przerażenie i pustka w głowie. Co to miało znaczyć?
- Nic nie powiem. Harry się nie dowie. Nikt się nie dowie.
- Granger. – Wypowiedział moje nazwisko tonem, który sprawił, że od razu podniosłam wzrok. Nie mogłam się powstrzymać, to było silniejsze ode mnie. Teraz moglibyście pomyśleć, że zatonęłam w szarości jego oczu lub coś równie poetyckiego i wzniosłego, ale nic z tych rzeczy. Nie było romantyzmu, nie było czułości. Jedyne, co widziałam, kiedy patrzyłam na niego, to głód. Czyste pragnienie… właśnie, czego? Wygranej?
- Przestań.
- Przestać z czym?
- Dobrze wiesz. Mam mętlik w głowie, nie wiem, o co ci chodzi, co chcesz tym osiągnąć… - Ostatnie słowo wypowiedziałam prawie szeptem. Zaskoczyłam go. Przez chwilę widziałam jego twarz przybraną różnymi odcieniami emocji, ale nie minęło kilka sekund, a wszystko wróciło do normy. Znowu maska, znowu obojętność. Znowu ukrywanie się, jak na prawdziwego tchórza przystało. Wrócił Malfoy.
Odezwał się tak cicho, że gdybym nie patrzyła na ruch jego ust, nie zrozumiałabym ani słowa.
- Nie chcę, żebyś się mnie bała, Granger. Nie zależy mi na twoim milczeniu, chociaż wiele by ułatwiło.
- To czego ode mnie oczekujesz? – zapytałam cicho.
Jego poważna mina zniknęła, zastąpiło ją wahanie. Na to pytanie chyba żadne z nas nie znało odpowiedzi. Niepewnie przeczesał dłonią przydługie blond włosy i spojrzał w bok. Jak tylko podniósł rękę, dolny róg podkoszulka podjechał do góry, odsłaniając kawałek brzucha. Przypomniałam sobie o bliznach i już wiedziałam, co powinnam zrobić, mimo że czułam, jak bardzo niezręczne może to być dla nas obojga. Wstręt minął, zastąpiony współczuciem. Z całych sił pragnęłam nienawidzić Malfoya, brzydzić się nim i jego czynami. Udawać, że nasze kontakty były wyłącznie wrogie. Mimo to nie potrafiłam. Chęć odwrócenia się i opuszczenia raz na zawsze tego pomieszczenia wraz z człowiekiem, który tyle namieszał w moim życiu walczyła z pragnieniem niesienia pomocy. Po prostu chciałam go naprawić, najpierw fizycznie, a potem…
Wyszłam z jego sypialni. Tym razem mnie nie powstrzymał, jakby wiedział, że wrócę za chwilę. W gabinecie przebiegłam wzrokiem po tytułach książek, a gdy nie znalazłam tego, czego szukałam, zbiegłam do salonu i tam już przywołałam odpowiednią księgę zaklęciem. Zastałam Malfoya w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiłam. Spojrzał na mnie, potem na księgę i uniósł wysoko brwi. Chyba naprawdę we mnie nie wierzył.
- Nie, Granger. Nie chcę tego. – Domyślałam się, że będzie upierał się przy swoim. Nawet jeśli nie chciał tego przyznać, traktował blizny jako pokutę i mniej lub bardziej świadomie bronił się przed ich usunięciem, bo to oznaczałoby, że nadeszło wybaczenie. Dopiero teraz zorientowałam się, że posprzątał listy, które wcześniej zrzuciłam na podłogę.
- Chcesz.
- Nie.
Odłożyłam książkę na podłogę, po czym podeszłam do niego, położyłam moje dłonie na jego ramionach i popchnęłam w kierunku łóżka. Pomimo wychudzonego ciała wciąż był silniejszy ode mnie i nie dał tak łatwo się podejść. Próbowałam zwiększyć nacisk, ale on tylko lekko się zachwiał i dla złapania równowagi chwycił mnie w talii. Przesunęłam ręce na klatkę piersiową, chcąc odsunąć go od siebie, jednak osiągnęłam jedynie to, że przyciągnął mnie bliżej. Teraz, żeby na niego spojrzeć, musiałam zadrzeć głowę do góry.
- Daj sobie pomóc – powiedziałam, ale on tylko pokręcił głową. Zmarszczyłam brwi i zrobiłam zaciętą minę. Mierzyliśmy się spojrzeniem, aż on spuścił wzrok. – Daj sobie pomóc! – powtórzyłam dobitniej. – Nie bądź takim upartym dupkiem.
- Dlaczego? Jeszcze chwilę temu chciałaś stąd uciec. Nienawidziłaś mnie.
- Nie nienawidziłam cię. Brzydziłam się tobą, bałam się ciebie, ale nie nienawidziłam. Nie potrafiłabym.
Deja vu sprzed kilkudziesięciu minut, tym razem odwrócone o sto osiemdziesiąt stopni.
- Odpowiedz dlaczego.
- Bo jeśli mogę chociaż na jedną, krótką chwilę naprawić czyjś świat, chcę, żeby to był twój!
Puścił mnie w tym samym momencie, w którym przestałam dotykać jego koszulki. Przez chwilę żałowałam, że wypowiedziałam na głos te słowa. Mógł je zinterpretować w niewłaściwy sposób i pomyśleć, że chodzi mi o coś więcej niż blizny. Mimo to byłam bardziej niż pewna, że tak się nie stanie, bo dzieliło nas zbyt wiele różnic i lat krzywd. Nawet jeśli chcielibyśmy zburzyć między sobą mur, byliśmy świadomi, że nie tylko my go zbudowaliśmy, ale zrobili to też za nas przyjaciele, rodzina i okoliczności.
 - Dobrze.
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale natychmiast je zamknęłam, kiedy dotarł do mnie sens jego wypowiedzi. Jednego słowa. Zgody.
Nie chciałam tracić czasu, więc szybko podniosłam księgę z podłogi, kazałam Malfoyowi usiąść na łóżku i ściągnąć koszulkę, a sama zaczęłam szukać zaklęć, które mogłyby przydać się na tak ciężki przypadek. Na początku próbowałam tych najsławniejszych, wymyślonych wiele lat temu przez najznamienitszych czarodziei, ale żadne nie działało. Wertowałam i sprawdzałam po kolei wszystkie, które moim zdaniem poradziłyby sobie z bliznami, a Malfoy cierpliwie znosił każde z nich. W końcu poddałam się i usiadłam na łóżku z księgą na kolanach.
- Dlaczego nic nie działa?
- Siedem lat to nie kilka dni, Granger. Podejrzewam, że nic nie da się z tym zrobić, chociaż doceniam twoje chęci.
Zwiesił głowę, wpatrując się w swoje palce, które bawiły się oderwaną nitką od ubrania. Patrzyłam na niego, a w głowie kiełkował mi już pewien pomysł. Wyszłam na chwilę do łazienki i po chwili wróciłam z maścią. Nie byłam pewna, czy to pomoże, ale chciałam spróbować wszystkiego.
- Zdejmij koszulkę.
- Granger, rozumiem, że chcesz popatrzeć na moje ciało, ale to chyba jeszcze nie ten etap.
Zarumieniłam się, więc żeby to ukryć, odwróciłam się do niego plecami i udałam, że czytam etykietkę na opakowaniu kremu.
- Nie pochlebiaj sobie. To ostatnie, co nam pozostało, więc postępuj zgodnie z moimi instrukcjami i odpuść wszystkie głupie komentarze, bo chcę ci tylko pomóc.
Nie odezwał się już, a ja po odczekaniu kilkunastu sekund zwróciłam się w jego stronę. Stał przy łóżku, a bez górnej części ubrania wyglądał bardziej jak nastolatek niż mężczyzna. Nie wiedziałam, że wstrzymałam oddech, dopóki nie poczułam, że brakuje mi powietrza. Bez słowa podeszłam do niego i wręczyłam mu pudełko. Spojrzał na mnie pytająco.
- No dalej. Przecież nie będę cię smarować, dasz sobie radę.
- Wolałbym, żebyś ty to zrobiła. – Uniosłam brwi w niedowierzaniu i od razu w moich myślach pojawił się obraz uczniów w czerwonych i zielonych szatach i to pamiętne słowo, które Malfoy do mnie wypowiedział. Szlama.
- Nie jestem tego taka pewna.
- Jeśli ty tego nie zrobisz, ja tym bardziej. Rozmyślę się i tak mi już pozostanie.
Oddał mi opakowanie z maścią, a ja wahałam się tylko przez kilka sekund. Odkręciłam wieczko i podałam mu je. Palcami nabrałam białą, gęstą konsystencję kremu i zaczęłam rozsmarowywać w miejscach, gdzie blizny były najwyraźniejsze. Kontakt z zimną substancją początkowo wywołał w nim dreszcze. Nie wiedziałam, czy mój dotyk go bolał, bo nie pokazywał po sobie żadnych emocji, ale i tak starałam się wykrzesać z siebie wszystkie pokłady delikatności, jakie posiadałam. Kiedy pokryłam maścią każdy, nawet najmniejszy skrawek, na którym widać było ślady po walkach, cofnęłam dłoń, a on w tym samym momencie ją chwycił. Spojrzałam na niego, nic nie rozumiejąc. Poczułam, jak nasze spojrzenia przecinają się, a moje ciało przechodzi prąd. Przez jedną sekundę byłam przekonana, że coś się wydarzy. Czekałam na kolejny krok, chociaż miałam świadomość, że to mogłoby nie skończyć się dobrze. Ciepło bijące z jego klatki piersiowej było wręcz namacalne. Ślizgoni kojarzeni są z lodowatością, zimnem, pomyślałam. Dlaczego więc kiedy stoję przy nim, w pokoju robi się tak gorąco?
Chwila minęła, a on puścił moją rękę tak gwałtownie, jakby go sparzyła. Zrozumiałam, że to jest ten moment, w którym powinnam odejść.
- Zawołaj mnie, jeśli zobaczysz lub poczujesz poprawę – rzuciłam jeszcze przez ramię, zanim wyszłam na korytarz i zamknęłam drzwi za sobą. Wiedziałam, że po przeżyciach dzisiejszego dnia czeka mnie bezsenna noc.

środa, 9 września 2015

Przed Wschodem Słońca - cz. 4



Witajcie, kochani!
Jak obiecałam, tak jestem z nowym rozdziałem. Bardzo powoli wracam do Dramione i fandomu HP, więc jeśli zauważycie brak kanonu, dajcie mi znać w komentarzach. Wiem, że początek może być nudny, ale przeczytajcie go uważnie, bo jest on podstawą tego opowiadania i wszystkie przemyślenia Hermiony będą miały odzwierciedlenia w późniejszych rozdziałach. Postaram się, żeby 5 część pojawiła się na początku października, ale oczywiście nic nie obiecuję, bo każdy wie, jak to jest z moimi obietnicami (a kto nie wie, to pewnie niedługo się przekona). Miłego czytania!
P.S. Ten rozdział dedykuję przede wszystkim Promise, mojej imienniczce, która jest jak promyk słońca – zawsze pomoże, służy radą i potrafi poprawić humor jak mało kto. Cieszę się, że Cię poznałam!
Drugi człon dedykacji jest dla Milki Czeko – dziękuję za komentarze, bo nawet kilka słów pomaga mi się rozwijać i tworzyć dla Was kolejne teksty.
Trzecia, ale nie mniej ważna dedykacja jest dla Bethany Boo za ostatni komentarz, który przekonał moją wenę, że potrafię, że dam radę i że nie ma rzeczy niemożliwych. Dziękuję Wam, dziewczyny!
__________________________________________________________________

Pamiętacie ostatnie wspomnienie z wczesnego dzieciństwa? Z pewnością byliście wtedy rozbrykanymi, małymi dziećmi, które w głowie miały tylko zabawę. Może naśladowaliście rodziców, przybierając poważny ton i wypinając dumnie pierś. Jeszcze inaczej – mogliście być cisi, spokojni, szanowaliście dorosłych, ale od ich świata trzymaliście się z daleka. Jakkolwiek spędziliście najmłodsze lata swojego życia, jestem przekonana, że nie posiadaliście tego, co Draco Malfoy. Jako jedyny syn państwa Malfoyów i dziedzic całej fortuny, arystokrata od zawsze pysznił się swoim bogactwem i na każdym kroku pokazywał swoją wyniosłość i arogancję. Bardziej zawinili rodzice czy charakterek młodego Malfoya? Trudno stwierdzić. Sama byłam stuprocentowo pewna, że taki już po prostu jest – innej możliwości nie ma. Nie miałam ani odwagi, ani też ochoty wypytywać go o prawdę, co więcej: on trzymał się tylko jednej wersji i wszyscy za nią ślepo podążali, ja również. Zastanawiałam się, czy jest inaczej? O tak, i to nie raz, nie dwa, nie dziesięć razy. Chociaż przez siedem lat szkoły nie odzywałam się do niego częściej niż było to konieczne, on i cała ich ślizgońska świta fascynowała mnie do tego stopnia, że czytałam o ich rodach i powiązaniach w wolnym czasie. Oczywiście podręczniki wcale nie dawały gwarancji i nie przekazywały stuprocentowej prawdy, ale zadowalały mnie. Do czasu.
Z początku nie miałam zamiaru wypytywać Malfoya o jego dzieciństwo czy, co gorsza, o jego stosunki z rodzicami, jednak moja wrodzona ciekawość nie dawała mi spokoju i teraz, kiedy miałam niepowtarzalną okazję, by poznać bliżej charakter czarodziejskiej zamożnej rodziny, rozważałam wszystkie za i przeciw takiej rozmowy. Pragnienie wiedzy, od dziecka rozwijane przez książki i nauczycieli, porządnie dawało mi się we znaki. Sami przyznajcie, kto byłby w stanie usiedzieć w spokoju przy dokumentach, gdy za ścianą kopalnia informacji robi… No właśnie, co robi?
Chciałam krzyknąć przez korytarz, a jednocześnie była to ostatnia rzecz, na którą bym się odważyła. Przeklinałam siebie w duchu, ale w końcu nie zdobyłam się na podniesienie głosu. Wystawiłam głowę zza drzwi gabinetu i spojrzałam na ciemny, pusty hol. Mój wzrok już z przyzwyczajenia powędrował w kierunku jedynego źródła światła, które sączyło się spod drzwi pokoju Malfoya. Zmarszczyłam brwi i najciszej jak tylko umiałam, podeszłam (podkradłam się) do obiektu mojego wręcz niezdrowego zainteresowania. Po drodze zahaczyłam stopą o dekoracyjny wazon, ale na szczęście nie byłam aż taką niezdarą i tylko lekko się zachybotał. Odwróciłam wzrok tylko na chwilę, by upewnić się, że nie spowoduję hałasu i sekundę później drzwi się otworzyły. Odskoczyłam gwałtownie i nie wiedząc, gdzie się podziać, podbiegłam do wazonu, udając, że zaabsorbowały mnie kwiaty, które w nim były. Z jednej strony dobre posunięcie, z drugiej – no halo, równie dobrze mogę teraz wywijać koziołki na dywanie i Malfoyowi nic do tego! Nie potrzebowałam żadnego usprawiedliwienia dla swojego zachowania, a mimo to za każdym razem, gdy pojawiał się w pobliżu, udawałam kogoś innego. To zdecydowanie nie było normalne.
Kiedy wyszedł z pokoju, zauważyłam na jego twarzy coś, co nie powinno się tam znajdować. Nie po tym, co przeszedł, kim był, gdzie się wychowywał, co stracił. A jednak był: naturalny, wręcz niewymuszony, dzięki któremu zazwyczaj zimne, szare oczy teraz nabrały delikatnego blasku. Zaskakujące, jak jeden uśmiech może zmienić człowieka. Nawet ostre rysy nie wydawały się już takie kanciaste i nieznacznie bladły w obliczu uniesionych kącików ust.
Wystarczyło, by spojrzał na mnie i to wszystko zniknęło. Przyglądał mi się podejrzliwie spod zmrużonych powiek, jakbym trzymała w ręce różdżkę wycelowaną prosto w jego serce. Nigdy bym się do tego nie przyznała, ale o wiele bardziej wolałam Malfoya w takiej wersji niż uśmiechniętego – ten drugi najzwyczajniej w świecie mnie p r z e r a ż a ł . Ten drwiący, ten sarkastyczny, ten wściekły, ten zszokowany, ten wystraszony… Nie było tego radosnego czy miłego. Rzuciłam mu prowokujące spojrzenie i czekałam, aż wypowie jedną ze swoich ironicznych uwag albo przekleństw, ale on mnie minął i zszedł na dół. Nie powinien tego robić: drzwi zostawił kusząco otwarte, a moja wrodzona ciekawość i wścibskość zdecydowanie nie pomagały mi utrzymać wzroku jedynie na wazonie, przy którym tyle stałam. Powstrzymywana resztką silnej woli, odwróciłam się od jego pokoju i wróciłam do siebie. Oparłam się ciężko o drzwi i nabierałam raz po raz uspokajające oddechy, starając się myśleć o wszystkim, tylko nie o jego tajemnicy. Może zwyczajnie bał się ciemności? Może ćwiczył zaklęcia unieszkodliwiające na przykład mnie? Może czytał? Ostatnie pytanie narodziło kilkanaście nowych: co lubił czytać, co mógł przywieźć ze sobą do mojego domu, czy zna mugolskie powieści i tak dalej i tak dalej…
Mogłam okłamywać siebie na tysiące różnych sposobów, ale znałam prawdę: Draco Malfoy zaczął mnie fascynować. Znacie to uczucie, kiedy w książce lub filmie występuje zły charakter, a wy i tak jesteście nim zauroczeni lub chociaż pełni podziwu dla jego wyczynów? W chwili popełnienia zbrodni macie ochotę rozgryźć jego myśli, zastanawiacie się, co może sobie myśleć osoba, która wymyśliła coś tak złego i jednocześnie bronicie się przed samymi sobą, że skądże, wcale go nie lubicie, a jego uczynki zupełnie was nie obchodzą, dobro górą i tak dalej. Ja miałam teraz okazję, by wniknąć w ten umysł, zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się mnóstwa rzeczy z pierwszej ręki, ale, chociaż nigdy nie wypowiedziałabym tego na głos, bałam się go – to już nie był ten sam chudy chłopiec o szczurzej twarzy i ze strachem w oczach. Gdzieś tam po drodze do próby zabicia Dumbledore’a, przyłączenia się do Śmierciożerców i, jestem tego pewna, torturowania kilkunastu mugoli lub szlam, Malfoy stracił wszystko z dziecka i jednocześnie jakąś część swojego człowieczeństwa. Wtedy do głowy przyszła mi szalona, idiotyczna i śmieszna w swej głupocie myśl, ale szybko ją od siebie odpędziłam. Jakkolwiek zachowałby się Malfoy, nie mam prawa ani ochoty pomagać mu odzyskać to, co stracił. Od tego są terapeuci, przyjaciele, a ja… ja się do nich nie zaliczam. Studiowałam mugolską psychologię głównie przez chęć poznania człowieka, jego myśli, wątpliwości, ale nie jestem w żaden sposób upoważniona do układania w głowie Malfoya wzruszającej historyjki o bohaterstwie, po której on poczuje się lepiej i stanie się dobrym człowiekiem. Pragnęłam czegoś, czego dostać nie mogłam, a to jeszcze bardziej mnie denerwowało i spędzało sen z powiek.
Kolejne dni były dość zwyczajne, łudząco do siebie podobne i raczej nic nieznaczące. Wspomnienie Rona wciąż bolało i chociaż sporadycznie pisaliśmy do siebie listy, od czasu jego pamiętnej wizyty nie widzieliśmy się ani razu. Dobę dzieliłam na pół: czas spędzony w księgarni (bez Malfoya) i czas spędzony w domu (no, domyślcie się z kim). Czasami wychodziłam na miasto i włóczyłam się po Londynie. Robiłam to, co kochałam najbardziej na świecie: obserwowałam ludzi, wnikałam w ich emocje, smutki i radości. Z ich twarzy odczytywałam wysyłane wiadomości, skutki prowadzonych rozmów i szokujące wydarzenia, o których czytali w gazetach. Przechodziłam alejką, mijałam turystów, miejscowych, sprzedawców, dzieci i staruszków – wszyscy kryli się za parasolami, śpieszyli, omijając co większe kałuże i nawet nie rozglądali się wokół siebie. Zapatrzeni w swoje problemy unikali towarzystwa w obawie przed tak zwanym przywiązaniem, zaangażowaniem. Krople deszczu rozbijały się o ulice, chodniki, parapety; bębniły w okna i dachy, latarnie i kurtki, parasole i czubki butów, które z nich wystawały. Tonęliśmy i zdawało się nam, że w ciągu najbliższych godzin woda pochłonie ziemię, a nam pozostanie jedynie trwanie na małych łódkach pośpiesznie skleconych z najdziwniejszych rzeczy. Nam – mugolom*, czarodzieje z pewnością by sobie poradzili. Moje myśli znowu wracają do magii, a wraz z nimi, jak na zawołanie, w mojej głowie pojawia się obraz Malfoya. Nie jestem w stanie dzisiaj skupić się na czymkolwiek innym, więc wracam do domu, żałując że nie mogę poświęcić więcej niż kilku chwil innym ludziom. Zagubionym, smutnym, zatroskanym, cierpiącym. Jak kiedyś pragnęłam całym sercem nieść pomoc skrzatom, tak teraz po rewolucji Mrużki i Stworka uzmysłowiłam sobie, że one dadzą radę, nawet jeśli będą musiały wciąż znosić wiele poniżeń ze strony czarodziejów. Dorosłam i razem ze mną zrobiła to decyzja o pozostawieniu w spokoju magicznych stworzeń, a zakiełkowała nowa, trudniejsza, bardziej niebezpieczna i wymagająca jeszcze większych poświęceń. To trochę brzmi jak wyrzuty, ale to nie tak. Nie chcę zbierać nagród za kupienie dziecku jabłka czy oklasków za pomoc starszej pani nieść zakupy. Nie zależy mi na tym, ale zwracam na to uwagę, by pokazać innym, że to nie bułka z masłem i że mogą być takie chwile, w których nie będzie to miało dla nikogo sensu, a cichy głosik będzie szeptać ci na ucho, żebyś skupił się na sobie. W takich momentach warto przywołać obraz chłopca połykającego zachłannie kęs za kęsem, gdy sok spływa mu po brodzie. Obraz staruszki, która uśmiecha się do ciebie i głosem nieznoszącym sprzeciwu zaprasza cię do środka na kubek gorącej herbaty. Jestem pewna, że właśnie takie rzeczy, mało znaczące gesty, spojrzenia mówią o człowieku, definiują jego życie i naprowadzają na odpowiednią drogę. Warto pamiętać o tym, że nie jesteśmy sami.
I stojąc teraz przed własną furtką, kolejny raz moje myśli zataczają koło, wracając do Malfoya. Nie potrafię ich uporządkować. Mam wrażenie, że dawna Hermiona, ta dumna, zadzierająca nosa i zarozumiała 13-nastolatka wiedziała więcej o życiu, policzkując swojego wroga, niż ta dzisiejsza dorosła, zamknięta w sobie dziewczyna. Chcę od tego uciec - zapomnieć, że istnieją starożytne rody, udawać, że to nigdy nie istniało, ale za każdym razem, jak patrzę na jego bladą skórę, mocno zarysowany podbródek i wyprostowane plecy, przypominam sobie, dlaczego nie moglibyśmy zostać w szkole przyjaciółmi i nić porozumienia, którą chciałabym zawiązać, po prostu pęka. Żyjemy w świecie, który stworzyli nasi rodzice, dziadkowie, ale każdy z nas ma wydzielony obszar, po którym się porusza. Tak się składa, że kropka z moim imieniem, ta mała, żałosna, szlamowata kropeczka, nie ma możliwości przeniknięcia do miejsca, gdzie znajduje się szara, zimna, wyniosła kropka Malfoya. Choćbym burzyła mury, wciąż będą wyrastać nowe, zarówno z mojej strony, jak i jego. I tutaj następuje punkt decydujący – punkt, w którym muszę to podsumować i zadeklarować swoje „stanowisko”. Czy faktycznie chcę jedynie poznać jego rodzinę, obyczaje, kulturę? To wzbudza we mnie jednocześnie fascynację i obrzydzenie, ale tak, pomimo bycia czarownicą urodzoną w mugolskiej rodzinie wiem, że to może być jedyna taka szansa, by dowiedzieć się czegoś więcej o nim. O nich, poprawiam się natychmiast w myślach. O nich, o nich, o nich. Tak lepiej.
Przestępując próg domu, towarzyszyło mi przekonanie o słuszności tego, co zamierzam zrobić. Nie, nie macie problemów ze wzrokiem, ja naprawdę święcie wierzyłam w to, że wypytanie Malfoya o jego kulturę, dzieciństwo i rodzinę będzie dobre. Dla kogo? Z pewnością dla mnie, ale i dla niego. Samo wyrzucenie z siebie wszystkich złych wspomnień, obaw i demonów, jakkolwiek absurdalnie może to brzmieć, mogło mieć na niego zbawienny skutek, a jeśli nawet nie… Cóż, chciałam pomóc i Merlin raczy widzieć, że faktycznie próbowałam. Samo przyjęcie Malfoya pod swój własny dach, wyizolowanie go od społeczeństwa, ale głównie od środowiska Śmierciożerców, już powinno mieć na niego jakiś wpływ. Kolejna rzecz, która czyniła ze mnie naiwną, łatwowierną istotkę – ufałam ludziom. Ufałam i wierzyłam w przemianę, którą przedstawiali mi w formie wzruszającej historii lub pouczającej anegdoty, na zakończenie karmiąc mnie zapewnieniami, że od teraz będą innymi ludźmi. W głębi serca wiedziałam, że to tylko pozory, ale pozwalałam im istnieć – nie zaprzeczając i nie krytykując, godziłam się na nie i coraz więcej fałszu pojawiało się w moich słowach. Czy byłam lepsza od innych, skoro nie potrafiłam nawet powiedzieć na głos tego, co każdy wiedział o sobie, chociaż tak skrzętnie przed wszystkimi ukrywał? Z pewnością nie. Zadaję sobie coraz więcej retorycznych pytań, na które mimo wszystko domagam się odpowiedzi - stos niewiedzy rośnie, a ja wciąż niczego się nie nauczyłam.
W przedpokoju zostawiłam kurtkę oraz buty i od razu poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie coś ciepłego do picia. Nalałam wody do czajnika, postawiłam na gazie, mrucząc pod nosem zaklęcie zapalające i przygotowałam sobie kubek na herbatę. Uwielbiałam jesień, ale coraz zimniejsze dni mocno dawały mi się we znaki, a ja, jako ciepłolubne stworzenie, nie wyobrażałam sobie życia bez słońca, rozpalonego kominka i grubego koca. I filiżanki gorącej, mocnej herbaty. Wyposażona w napój, który notabene już zdążył mnie sparzyć w język, dotarłam do swojego pokoju. Musiałam odpisać Ginny i Lunie na ostatnie listy i znaleźć Vitrę, moją sowę, która pewnie krążyła gdzieś w pobliżu lasu. Zastanawiałam się, co może robić Malfoy i przez chwilę chciałam pójść do niego, sprawdzić, czy jest u siebie i czy wszystko z nim w porządku. W takich momentach, gdy sama potrzebowałam ciepła, chciałam się upewnić, że innym go nie brakuje. Usiadłam przy biurku, w myślach przekonując się, że kto jak kto, ale taka osoba jak on poradzi sobie sama i zapisałam może pięć cali pergaminu, dopóki w mojej głowie znowu nie pojawił się Malfoy. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie widziałam go od poprzedniego wieczoru, więc częściowo z obowiązku, częściowo jednak popychana ciekawością postanowiłam pójść do jego pokoju. Mniej więcej o tej porze jedliśmy kolację, więc zapukałam do jego drzwi, pamiętając, że w każdej chwili mogę usprawiedliwić swoją obecność pytaniem, co dzisiaj jemy. Tak, moi drodzy JEMY, bo tak się składa, że zazwyczaj śniadania i kolacje jedliśmy wspólnie. W weekendy dochodziły do tego jeszcze obiady, kiedy nie siedziałam w księgarni i bardzo się cieszyłam, że Harry zadbał o to, by wysyłać mi pieniądze na utrzymanie Malfoya, bo wierzcie mi, dorosły mężczyzna nie je okruszków.
Gdy wreszcie Malfoy otworzył mi drzwi, nie wiedziałam, co powiedzieć. Słowa zaschły mi w gardle, kiedy zobaczyłam, że był tylko w spodniach, a w ręku trzymał koszulkę, jakbym przeszkodziła mu w ubieraniu się. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że było już po ósmej, jednak nie to zszokowało mnie najbardziej. Na jego torsie znajdowało się kilka długich, cieniutkich blizn formujących się w coś na kształt pajęczyny. Malfoy widząc mój wzrok, szybko nałożył koszulkę i zapytał niezbyt miło, czego chcę.
- Przyszłam zapytać, co dziś gotujesz, bo teraz twoja kolej na kolację – odparłam trochę naburmuszona jego nieprzyjaznym tonem. Teraz jeszcze bardziej chciałam wypytać go o wszystko, ale zdawałam sobie sprawę, że na wyjawienie przez niego każdego szczegółu z życia Śmierciożercy są nikłe szanse.
- To zależy, co jest w lodówce. Czy naprawdę tylko po to przyszłaś, Granger? – Dlaczego on zawsze musiał znać moje prawdziwe intencje? Czy chociaż raz nie mógł się mylić…?
- Właściwie to nie. Mogę wejść? – mruknęłam cicho i schyliłam się lekko, żeby dojrzeć pod jego łokciem pokój, w którym spędzał większość swojego czasu.
Oderwał dłoń od framugi, żeby mnie przepuścić, ale widziałam w jego oczach czającą się podejrzliwość. Pewnie zastanawiał się, dlaczego miałabym chcieć znaleźć się tutaj, w miejscu, które od czasu jego przybycia omijałam szerokim łukiem. Najdziwniejsze jest to, że sama nie wiedziałam. Z jednej strony trochę obcesowe byłyby pytania wprost o śmierciożerstwo i rodzinę, co się z nim działo przez te kilka lat po zakończeniu wojny i o siatkę blizn, ale jeśli to był jedyny sposób, by dowiedzieć się prawdy, może warto by spróbować? Najwyżej wyrzuci mnie za drzwi.
Usiadłam na łóżku i jakby odruchowo przesunęłam ręką po prześcieradle. Było jeszcze ciepłe, jakby Malfoy przed chwilą spał, chociaż na jego twarzy nie było widać zdezorientowania charakterystycznego dla kogoś, kto został przed chwilą obudzony. Zerknęłam na zapaloną lampkę na stoliku nocnym, zastanawiając się, dlaczego się świeciła. Jeśli nawet Malfoy spostrzegł, że wpatruję się z zainteresowaniem w jego lampkę, nie skomentował tego. Zwróciłam wzrok w jego stronę dopiero wtedy, gdy usiadł przy biurku na krześle, które notabene potwornie zaskrzypiało. Na brodę Merlina, czy on nie mógł go naprawić? Dam głowę, że usłyszałabym ten potworny dźwięk nawet w kuchni. Już po chwili okazało się, że on nie ma mi nic do powiedzenia, więc po minucie krępującej ciszy postanowiłam się odezwać:
- Przyszłam zapytać… właściwie sama nie wiem o co – urwałam, ale nie potrafiłam zmusić się, żeby spojrzeć na niego (naprawdę nie miałam pojęcia, z czego to wynikało!), więc mówiłam dalej – czy wszystko u ciebie w porządku?
Od razu pożałowałam tego pytania. To oczywiste, że on albo zacznie się zaraz naśmiewać ze mnie, jeśli nie na głos, to w myślach, że przejmuję się jego losem, albo rzuci jakąś kąśliwą uwagą, że mam nie wtykać nosa w nieswoje sprawy, albo, co było najgorsze, nie powie nic i będziemy tak siedzieć do końca świata w jego pokoju.
- Chyba… Chyba tak. Nie mam możliwości się skarżyć, więc tego nie robię. Ale cóż to, czyżbyś zaczęła przejmować się mną? Śmierciożercą? – skrzywiłam się na dźwięk tego ostatniego słowa, ale wciąż nie miałam odwagi spojrzeć w jego kierunku. To nie było do mnie podobne - Gryffindor zobowiązuje do odwagi, a ja zachowywałam się jak tchórzliwa Ślizgonka. Czy to miało coś wspólnego z odkrytymi bliznami na jego ciele? Zanim zdążyłam powstrzymać swoją wrodzoną ciekawość, ta już odpowiedziała za mnie pytaniem na pytanie.
- Czy te blizny… bolą? Masz ich więcej? – zerknęłam na niego kątem oka i zobaczyłam, jak cała paleta emocji odbija się na jego twarzy: od gniewu, przez zaskoczenie, do całkowitej obojętności.
To nie jest twoja sprawa, Granger. Możesz już iść?
- Nie, to nie wszystko. W sobotę, dzień po twoim zamieszkaniu tutaj, chciałeś iść na spotkanie. Muszę wiedzieć z kim miałeś się spotkać i jak się z tą osobą skontaktowałeś.
- Nic nie musisz. I tak tam nie poszedłem, więc to już nie ma znaczenia.
- Ma cholernie duże znaczenie, Malfoy, bo jak dowiem się, że… - urwałam w pół zdania. Że co? Że spiskuje przeciwko aurorom, Harry’emu albo mnie? Że umawia się na schadzki ze Śmierciożercami? - …że robisz coś niewłaściwego, to…
- To co mi zrobisz? Wyślesz do Pottera, który zamknie mnie w Azkabanie? – Jego ton był spokojny, jakby mówił o pogodzie, ale widziałam, jak zacisnął dłonie w pięści. Spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam ten sam gniew, który powoli zaczynał buzować we mnie. Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale mnie uprzedził. – Nie, Granger, nie zrobisz tego i powiem ci, dlaczego. Jesteś słaba. Słaba jak każdy Gryfon. Czcicie odwagę, honor, przyjaźń, ale jak przyjdzie co do czego, to podkulacie ogony, wracacie do swojego bezpiecznego miejsca i udajecie, że nie mieliście innego wyboru. Że z łatwością pokonalibyście zło, ale jesteście na to zbyt szlachetni.
- Do czego zmierzasz? Według ciebie Voldemort był bojaźliwą dziewczynką, którą mogliśmy zabić skinieniem palca? Uważasz, że wiesz, co to poświęcenie?
- Nie, nie twierdzę tego, ale…
- Bo ja wiem. Wiem, jak to jest żegnać kolejnych przyjaciół, każdego dnia drżeć ze strachu o kogoś, kogo znam – jak to jest widzieć martwe ciała osób, które tyle dla mnie znaczyły. Wciąż znaczą. Nie masz pojęcia…
- A ty nie masz żadnego pojęcia o mnie! – Wstał z krzesła, a ja podniosłam się z łóżka. Mierzyliśmy w siebie różdżkami, ani na sekundę nie spuszczając siebie z oczu. – Udajesz magomedyka, który umie rozwiązać każdy problem. ‘Wszystko w porządku, Malfoy? Może coś ci podać, Malfoy? Skąd masz te blizny, Malfoy? No dalej, powiedz mi, przecież nie nienawidziliśmy się w szkole i jesteśmy prawie przyjaciółmi!’
Krzywię się przy każdym fałszywie wypowiedzianym słowie. Czuję, jak fala gorąca uderza mi do głowy, ale ręka z różdżką ani drgnie, czekając tylko na formułę zaklęcia. Oczywiście, że musiał podkreślić, jak bardzo jest niezrozumianym przez ludzi zagubionym chłopcem. Malfoy wciąż mówił, ale ja już nie chciałam tego słuchać:
- …myślisz, że jako Wszechwiedząca Panna Granger możesz wszystko…
- Przestań.
- …twoje domysły to nic w porównaniu z tym, jak było naprawdę…
- Przestań!
- …po wojnie wracasz do swojego milutkiego życia, pełnego rodziny, miłości, przyjaciół…
- ZAMKNIJ SIĘ! – Nie wiedziałam, że płaczę, dopóki nie poczułam mokrych śladów na policzkach. – Nie masz pojęcia, co się działo z moim rodzicami, n i e  m a s z  p o j ę c i a, co robili moi przyjaciele…
- Na pewno szerzyli dobro, malowali plakaty przeciwko Czarnemu Panu i bronili murów Hogwartu. Doskonale wiem, co robili, bo tak się składa, że byłem jednym z uczniów, Granger, o ile o tym jeszcze pamiętasz!
- Powiedziałam, że masz się zamknąć! Nagle okazuje się, że wszystko o mnie wiesz, tak? – Miałam wrażenie, że spadam. Spadam w głęboką, czarną przepaść bez żadnych lin, żadnych mostów, żadnych pomocnych rąk. Zauważam, jak Malfoy robi kilka kroków w moją stronę, a w jego oczach widzę jedną jedyną rzecz, która nas teraz łączy. Nienawiść.
- A może ty wiesz o mnie wszystko, co kurwa? – wzdrygnęłam się na dźwięk przekleństwa, ale blondyn nic sobie z tego nie robił. - Skąd możesz wiedzieć, do czego byłem zmuszany jako Śmierciożerca? Skąd możesz wiedzieć, co Czarny Pan mi zlecał? Czym mi groził? Myślisz, że jesteś święta i niczym anioł rozgrzeszenia chcesz nauczyć mnie, jak być lepszym człowiekiem. Ale ja nim nie będę, Granger. Nie łudź się, wyjdź ze swojej strefy bezpiecznego zwierzątka Pottera i zacznij wreszcie pojmować świat z całą jego brutalnością i okrucieństwem, bo twoja dziecięca naiwność kiedyś zaprowadzi cię do grobu, a stamtąd twoi przyjaciele już cię nie uratują.
 Wciąż kroczył w moją stronę, a ja odruchowo wycofywałam się do drzwi. Chciałam stąd uciec. Uciec, uciec, uciec. Zapomnieć i nie istnieć. Wtopić w ścianę. Udawać, że ta kłótnia nigdy nie miała miejsca. Pierwszy raz od przybycia Malfoya naprawdę odczuwałam przed nim strach. Z uniesioną nadal różdżką w jednej ręce drugą wymacałam klamkę za sobą i czmychnęłam na korytarz. Zanim mój współlokator zdążył wyjść z pokoju, ja już zamykałam za sobą drzwi od swojej sypialni. Oparłam się o nie plecami, oddychając ciężko, jak po przebiegnięciu maratonu i próbowałam zrozumieć, co przed chwilą się stało. Draco Malfoy celował we mnie różdżką i w gniewie posunął się o kilka słów za daleko. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogłam nie przyznać mu racji.

*Hermiona oczywiście jest czarownicą, ale w tym opowiadaniu chcę przede wszystkim podkreślić kontrast pomiędzy nią a Draco – światem mugoli a światem czystej krwi czarodziejów.

Obserwatorzy